No i stało się. Mamy 2017. Mój Sylwester: Porażka. Motywem przewodnim imprezy był brak motywu przewodniego i ostatecznie o 00:30 byłam już w taksówce( kierowca sprawiał wrażenie jakby za dnia był wzorowym obywatelem a po nocach wyłamywał łapki kociętom) Mam nadzieję, że mój mąż nie zauważył moich zaciśniętych zębów i oczu zwężonych w szparki kiedy mówiłam do niego: jadę do domu ale ty baw się dobrze:P
Imprezowałam więc sama w iście królewskim stylu. Postanowiłam: tej nocy żadnych hamulców, zasad i rozsądku, w końcu na bezpieczne ścieżki wysyła się słabeuszy(Herman Hesse)...no i wyglądało to mniej więcej (bardziej jednak więcej) tak:
Na drugi dzień okazało się, że to był jednak błąd bo przed świętami było 2 i pół kilo mniej:P
ale kto by się przejmował takimi pierdołami (jak nie kobiety oczywiście:)
Święta się udały bo pierwszy raz nie było awantury (chyba się starzejemy i nie mamy już na to siły:P), udało mi się zrobić z mamy (61 lat) fankę Metallicy (do Unfogiven tańczyła jak na komunistycznym dancingu:P - niesamowicie pozytywna kobieta:) no i przeczytałam jedną z lepszych książek ostatnimi laty. (Pokusa czerni). Nie mogłam się od niej oderwać i niestety starczyła tylko na dzień:(.... Po świętach wróciłam do siebie bo jak wiadomo goście są jak ryby: po trzech dniach zaczynają śmierdzieć:P a poza tym do domu w końcu wracał mąż:) i zaczęło sie jeszcze większe świętowanie,,,





Mój Sylwester też specjalny nie był :D O 23 już byłam śpiąca i leżałam w łóżku :P
OdpowiedzUsuń